o zachodzie, ślizgawce i rażącym niedbalstwie
dlaczego ta dłoń
na tym akurat ramieniu?
nie moja to dłoń
i ramię nie moje

tak blisko mnie
te palce powykręcane
paznokcie krzywo obcięte
gryzący sweter

jakbym się wtrącała
wtykała łokieć
w nie swoje objęcie
tłoczno tutaj

tyle pleców,
ramion, dłoni,
szyi i włosów
włosów zatrzęsienie

na wszystko trzeba zasłużyć
każdy dotyk musi
z dwóch stron być chciany
żeby mógł odbyć się bezkarnie

i po co tyle zachodu?
co by się stało,
gdyby twoja cherlawa kończyna
moją z dwa razy czule głasnęła?

odczuwam życie jako jedną, wielką ślizGawkę. obojętnie, którą drogą bym nie poszła, nie jestem w stanie przewidzieć, kiedy upadnę. ale kiedy już stanę na nogi, okrzepnę i wprawię się, wychodzi z tego całkiem niezła zabawa.
zawsze można ubrać buty z kolcami. albo stać w miejscu. czekać aż lód stopnieje. tylko kiedy on stopnieje?
z moją osobowością lekko autodestrukcyjną i samosabotującą, czuję się lepiej, gdy ryzykuję. długo tak mogę się prześlizgiwać. dopóki nie ryms! o ziemię. póki co - leżę. chcę wstać. i tak chwilę zostać. dopóki znowu nie zachce się wiatru we włosach.
albo window-shopping. tyle kolorowych rzeczy oferuje świat. a ja patrzę przez szybę. niby chcę nacieszyć się tą obfitością. ale coś przeszkadza. czegoś brakuje.
nienawiść rodzi się z głupoty. z rażącego niedbalstwa. a jak wiadomo, ludzie w przeważającej części są lub bywają niemądrzy. nienawiść - najpewniejsze z uczuć. gwałtowne, absurdalne, bo najczęściej zastępuje skrzywdzone miłość i zaufanie.
lubię przestrzeń. wiatr hula, zagłuszając co zbędne. trzeba patrzeć pod nogi i iść przed siebie. tylko tyle.

przez AW | 2012-02-06 17:41:18 | skomentuj! (0)


o pustce, nietrafionym guście i czekoladowej grenlandii
nic już tutaj
nie nosi twojego zapachu
nawet ten miś
w którego się wtulałeś
znowu jest taki niewinny

to nic obok mnie
znaczy po prostu nic
sam widzisz
obróciłeś się w nic
pustka jest taka
podobna do ciebie

kiedyś myślałam, 
że jeszcze tu będziesz
rozdmuchane trudności
wątpliwości rozwiane
rzuciły nas właśnie tutaj
gdzie żegnamy się na amen

spowiadamy się teraz 
z siebie nawzajem
każdy w swoim kościele
klękam za grubą kotarą
żałuję i postanawiam poprawę
swojego gustu

wydaje się, że idziesz dalej
dlaczego więc wracasz
do punktu wyjścia
ta droga zakręca
wokół czubka twojego nosa

- a gdyby tak śnieg był z czekolady!
- śnieg z czekolady?! - zaśmiał się.
- głupio wyglądałbym cały ubabrany czekoladą. ale głód zostałby zaspokojony. gdyby śnieg był z czekolady, pojechałbym na Grendlandię.

może nie powinnam wstydzić się tego głupiego wyglądu? pozwolić sobie na szaleństwo, z którego płynie szczęście? po co wycofywać się ze swoich marzeń, tylko dlatego, że ktoś uznaje je za niedorzeczne. tłumy mogą się wyśmiewać, a Ty jedź na swoją czekoladową Grendlandię.
ja wyjechałam. w głąb siebie. na bok odstawiam świat. a już za miesiąc pojadę tam, gdzie będzie mi łatwiej. Irlandia. blisko czekoladowej Grenlandii.

przez AW | 2012-01-21 15:36:01 | skomentuj! (0)


los, cebula i krokodyle łzy.
Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień
Dla mnie też za długa zima i zła

trudno mi odnaleźć dawną radość i skłonność do ryzyka w imię szczęścia. zdarzają się takie dni jak ten. kiedy wychodzę, i na każdym kroku mogę zrobić coś dla kogoś. być potrzebną. coś doradzić, coś otworzyć, zamknąć, zawiesić, uśmiechnąć się do kogoś. bo to szczęście, którego sama w sobie nie mogę odnaleźć, jest  ludziach. trochę tu, trochę tam, te skrawki się plątają. 
są relacje, które rodzą się tylko po to, by umrzeć. niektóre nie umierają wcale. inne umierają, ale wnoszą coś po drodze. właśnie umarło to, co było skazane na śmierć już w słoneczny dzień narodzin.
Samuel nie rozumiał swojego powołania. zwracał się nie w tym kierunku. na ziemi są jednak pośrednicy, którzy podpowiedzą, jak pójść dalej. warto mieć kogoś takiego. ja mam. kiedy kilka osób mówi mi, że mam dopuścić do siebie smutek. czy to nie wystarczający drogowskaz?
rozum działa szybko. szkoda, że z emocjami trzeba zmagać się tak długo.
po co ta nienawiść. 
to natrętnomyślicielstwo wieczorne. 
dłoń zaciśnięta w pięść.

przez AW | 2012-01-18 17:58:45 | skomentuj! (0)


powiedzieć "stop"
wyruszam ze znajomymi przez miasto. wszyscy wsiedli do jednego samochodu. pojazd był wypchany ludźmi po brzegi. dla mnie samej miejsce zostało w drugim samochodzie, na tylnym siedzeniu. jechałam bez kierowcy, auto prowadzone było automatycznie. jednak ten mechanizm się nie sprawdził, po chwili groziło mi już zderzenie czołowe. kierowca czerwonego samochodu wysiadł, żądając wyjaśnień. ja jednak przywołałam znajomych, którzy jechali gdzieś za mną. kiedy nadjeżdżali, wyciągnęłam dłoń na znak "stop". kierowca samochodu, z którym prawie się zderzyłam spokojnie czekał, aż oni udzielą wyjaśnień. sen się skończył. tak jakby nie była to już moja sprawa.
ten obraz skłonił mnie do myślenia. czy aby na pewno ludzie, z którymi spotykam się od czasu do czasu i dobrze się bawię, są tymi wartymi zaufania? czy nie zostawią, kiedy jest mi trudniej i nie potrafię upomnieć się o swoje? czy nie zbyt często zdaję swoje życie na ślepy los, automat i ustawiam siebie w pozornie tylko bezpiecznej pozycji? trzeba powiedzieć wtedy "stop". innym i sobie. nie zawsze wiem, dlaczego ludzie robią tak, jak robią. pozwalam im na usprawiedliwienie. przed nimi samymi, innymi, Chrystusem.
przez AW | 2012-01-05 12:33:06 | skomentuj! (0)


in time
trudno uwierzyć, jak szybko to wszystko przeszło z punktu A do punktu B. zupełnie inny stan i punkt odniesienia. lepszy, gorszy? jeszcze nie wiem. zmierzam do przodu i takie napotykam ślizgawki. zdaje się to być nieuniknione. czułam się winna. dlaczego? nie powinnam była. nikt nie jest winny. po prostu mi było najbardziej głupio.
odbudowuję swoją świątynię. wiary, nadziei, miłości, radości, relacji z dobrymi ludźmi. zapuszczę paznokcie. spoglądam poza dotychczasowy horyzont. szukam cały czas. siebie przede wszystkim. wartości w tym zawszałym świecie. one gdzieś są. trzeba nababrać się w tym syfie, aby je wydostać. trudne. obrzydliwe. do porzygu. ale możliwe. podobno.
chcę dodać światu kolorów, wnieść szczyptę dziecięcej naiwności. w tęczowym parasolu widzieć po prostu tęczowy parasol. i choć deszcz zacina. tyle zła. widzę kwiaty. a w nich dobro głęboko ukryte. dostępne chcącym.
obraz dzieciństwa stanął mi przed oczami. miejsca za mostkiem, gdzie głaskałam konie. nabierałam rumieńców, a moje oczy błyszczały fascynacją najzwyklejszym. bezchmurne niebo było źródłem radości i zachwytu. czas płynie. ale to ciągle mój czas. cierpię, ale inaczej niż kiedyś. kocham, tańczę, modlę się, więcej, inaczej. żal ogarnia tylko, bo mija nie tylko to, co złe, ale wraz z tym to, co dobre.
już nigdy nie chcę stracić z oczu tego, co najważniejsze. niewiele brakowało, a zostałabym z niczym.

przez AW | 2011-12-18 12:19:04 | skomentuj! (0)